Miłość

Miłość

Słowo Miłość kojarzy mi się z zawstydzeniem, skrępowaniem, czymś, co może przez innych zostać uznane jako głupie, powodem do wyśmiewania, czymś, czego nie rozumiem.

Samo wypowiadanie tego słowa wydaje mi się nie na miejscu, jakby zastrzeżone dla innych, bardziej oświeconych, guru?
Nie zdawałam sobie nawet sprawy z tego, ze tak to odczuwam, dopóki nie postanowiłam opisać pewnej sytuacji, która przydarzyła mi się 1 stycznia 2015 roku, wcześnie rano, gdy zeszłam do kuchni, żeby zrobić kawę.

Sylwestra spędziliśmy we dwoje w domu. Zdecydowaliśmy nawet z wielką ochotą, że nigdzie nie pojedziemy, bo nie chcemy zostawiać naszych kocic samych, skazując je na stres związany z hukiem petard w nocy.
Spędziliśmy ten czas fantastycznie, bardzo spokojnie i muszę przyznać, że po raz pierwszy w życiu sylwester był taki… biedny. Trochę petard poleciało, ale tak, jakby to była zwyczajna próba przed głównym wystąpieniem. W telewizji jak nigdy, mizeria.

Staliśmy w oknie obserwując pomimo ciemności naszą nieziemsko piękną panoramę, dostrzegając tu i ówdzie rozżarzające się mikroskopijne kule ognia w pobliskich miasteczkach porozrzucanych na dziesiątkach wzgórz dookoła. Na tle tych błysków przez moment widać było wieżę kościoła, dzwonnicę, czy odległy folwark.

W miarę szybko poszliśmy spać, zostawiając bałagan w kuchni, bo komu po takim obżarstwie chciałoby się palcem kiwnąć?

Tak się składa, że to ja zawsze wstaję pierwsza i przygotowuję kawę. Krew mnie jednak zalewa, gdy najpierw muszę odgruzowywać kuchnię, żeby móc coś zrobić i psioczę na cały świat, że nie potrafię uleżeć w łóżku, gdy się już obudzę, a chociaż raz chciałabym, żeby to Andrea wstał pierwszy i uporał się z tym dzikim bajzlem.

Oczywiście staramy się wieczorem zostawiać kuchnię wysprzątaną, ale czasem zdarzają się dni wyżerki, wtedy nie ma już sił na sprzątanie. Najfajniej jest, gdy przygotowuję dania wegetariańskie. Po nich nie zostaje bałagan.

I co stało się tego pierwszego dnia roku? Otóż krew soczyście czerwona zalała mi oczy, furia zawładnęła mną niczym strzępem na wietrze i żółć zaczęła zalewać moje serce.
Zaczęłam zmywać naczynia, kubki, filiżanki, salaterki, talerzyki, widelczyki… i piekliłam się jak stado diabłów, kłóciłam się w myślach z Andreą, wyzywałam od leni, nierobów, chytrusów i nawet gorzej, ale się nie przyznam jak bardzo, gdy nagle spadła na mnie dosłownie jak grom z jasnego nieba myśl. Olśnienie. Nie wiem co to było.

Ta myśl to była bardziej świadomość, że on tam na górze śpi w sypialni, a ja się nakręcam swoimi żalami, rozpalam coraz bardziej swoją wściekłość i trzęsę się z nerwów jak osika, a on przecież za każdym razem gdy wchodzi do kuchni, sprawdza natychmiast, czy na suszarce nie zostało coś do osuszenia, czy wszystko jest na swoim miejscu i jeśli nie, to sam zabiera się za sprzątanie. Taki typ. Lubi wszystko na swoim miejscu.

Ta myśl, to nie była sama świadomość. Nie wiem co to było. Poczułam błogość, szczęście i chyba mogę powiedzieć, że to była miłość. Spokój niesłychany i poczułam wdzięczność do czegoś… czegokolwiek co sprawiło, że się opamiętałam. To uczucie było tak niewiarygodnie miłe, dobre i uszczęśliwiające, że zupełnie zapomniałam o poprzedniej wściekłości, a nawet nie byłam już w stanie sobie jej wyobrazić.

Czy to był Bóg, Anioł, Energia z kosmosu, Miłość, cokolwiek…? Coś na pewno. Jestem pewna, że to była wszechogarniająca, uzdrawiająca Miłość, której doświadczają ludzie, kiedy jej szukają.
Ja wprawdzie w tym momencie szukałam raczej kłótni, a nie miłości i nie potrafię wytłumaczyć tego fenomenu w żaden sposób, a już najbardziej zadziwiła mnie opowieść Andrei, gdy zszedł na śniadanie.

Spał, ale we śnie wiedział, że nie śni, tylko słyszy jak się z nim kłócę, jaka jestem wściekła i był cały zestresowany. Nie chciał tego słyszeć, ani czuć i nie chciał też się budzić.

Tak fantastycznie zaczął mi się ten rok. Rozmawialiśmy potem długo o tym poranku i nawet się popłakałam ze wzruszenia. To było niesamowite doznanie.