• Home
  • /Blog
  • /Kwiaty czują i odwdzięczają się
Kwiaty czują i odwdzięczają się

Kwiaty czują i odwdzięczają się

Po przeczytaniu książki Zero ograniczeń (tak wiem, ja wciąż o jednym i tym samym), napadła mnie mania powtarzania na okrągło: przepraszam, wybacz mi proszę, dziękuję, kocham Cię.

Zgodnie ze wskazówkami zawartymi w książce nie starałam się nawet znaleźć obiektu, który mogłabym obdarzyć tymi słowami.
Od ponad dwóch lat staram się wyleczyć kwiaty w domu. Całe osiedle było bardzo zielone, między blokami drzewa, ogrody, kwiaty, istny ogród botaniczny.
Przyplątała się jakaś plaga, która ogołociła roślinność z liści do tego stopnia, że zieloni musieli wyciąć w pień wszystko, bo nie było możliwości wyleczyć roślin. Strach był przechodzić ścieżkami i chodnikami, bo mogło się do domu dotrzeć oklejonym jak w kokonie, czymś kleistym, nieokreślonym, bez zapachu.

Kwiaty czują i odwdzięczają sięNie wiem czy wiatr, czy ktoś z domowników przyniósł chorobę do domu. Moje piękne kwiaty w piorunującym tempie zgubiły liście i zaczęły obumierać.
Jedynym ratunkiem było obcięcie. Obcięłam, wymoczyłam w różnych roztworach bakteriobójczych, wstawiłam do wody i czekałam.

Nieśmiałe pędy zaczęły wychodzić po czasie i gdy już były wystarczająco obfite, posadziłam wszystko w doniczkach z ziemią.

W sumie uratowały się tylko cztery okazy, w tym jeden był bardzo biedny i obawiałam się, że jednak nic z niego nie będzie. Traktowałam go też trochę po macoszemu bo stał w zupełnie innym miejscu, przy oknie, gdzie codziennie stwierdzałam, że pali go niemiłosiernie i muszę go przestawić. Na stwierdzaniu jednak się kończyło i biedaczek nadal prażył się w słońcu po kilka godzin dziennie.

W końcu dzięki lekturze zeszłam natychmiast do salonu i podeszłam do okna. Spojrzałam na tego biedaka i żal mi się go zrobiło, prawie bez liści, zżółknięty, gotowy na przeprawę na tamten świat. Odbiło mi. Zaczęłam gadać do kwiatka. Na początku dosyć niemrawo mi to szło, ale w miarę gdy się rozkręcałam, nie powiem, buzia mi się nie zamykała. Całe szczęście, że byłam sama w domu. Wolałabym, żeby mnie nikt w takim momencie nie przyłapał.

Obiecałam roślince, że ją przeniosę i wypowiedziałam też wielokrotnie magiczne słowa. Czułam się niekomfortowo, ale nie z powodu tego, że gadam do rośliny, tylko dlatego, że traktuję ją tak źle. Następnego dnia rano zabrałam się za nawadnianie wszystkich czterech bohaterów i zaczęłam kombinować, jak je rozmieścić. Nie jest łatwo znaleźć dobre miejsce, gdy cały dzień słońce oślepia. Musiałabym całe mieszkanie przemeblować, żeby znaleźć dobre miejsce, nie za bardzo zacienione, nie za bardzo oświetlone, takie w sam raz.

Postanowiłam na razie, że najmniejszy dołączy do swych braci lub sióstr w jedynym odpowiednim miejscu, gdzie nawet koty go nie zmasakrują. Tym sposobem mam cudny kwietnik z oryginalnymi plastikowymi podstawkami 😀

I teraz najlepsze. Roślinka odwdzięczyła mi się z całą swoją mocą. Wypuściła nowe pędy, nowe liście, zazieleniła się i chyba jej się podoba tam, gdzie teraz jest.

Wystarczy spróbować kochać.